Artykuł pochodzi z Gazety Wyborczej

Che Guevara, Ernesto


11-10-1997. Służył wielkiej aberracji, rewolucji komunistycznej, którą chciał rozpalić na całym świecie. O micie Che Guevary pisze 30 lat po jego śmierci LEOPOLD UNGER

LEOPOLD UNGER (11-10-97 00:00)


Służył wielkiej aberracji, rewolucji komunistycznej, którą chciał rozpalić na całym świecie, inspirując się mieszaniną prymitywnego marksizmu i anarchizującego romantyzmu. Ale zawsze aplikował tę miksturę w złym miejscu i w najgorszym momencie. O życiu i micie Che Guevary,którego pogrzeb odbędzie się dziś, w 30. rocznicę jego śmierci, na zakończenie zjazdu kubańskich komunistów, pisze

Jeszcze nie dniało. Tylko przez rzadkie dziury w czarnym tropikalnym niebie blade znaki świtu zapowiadały, że idzie nowy dzień. Idzie? Tak. Ale czy dojdzie? Rozmowa trwała już kilkanaście minut. Zbliżał się kres obiecanej półgodziny. Zdania były coraz krótsze. To już nie były poglądy, to były wyroki.

- Godząc się na zdemontowanie baz i wycofanie rakiet, Sowieci popełnili historyczny błąd...

- A ty, co byś zrobił na ich miejscu?

- Ja? Gdyby rakiety były w moich rękach, zostałyby odpalone i trafiłyby w cele, na które były nakierowane. Po to wszak się tutaj znalazły...

- Ale przecież gdybyście odpalili rakiety, to amerykańska riposta byłaby natychmiastowa i straszna. Kuba wylądowałaby na dnie oceanu!

- Być może. Tak rzeczywiście mogłyby się były wydarzenia potoczyć. Ale cel zostałby osiągnięty. Razem z nami na dnie oceanu wylądowałby również jankeski imperializm...

Kiedy wychodziłem, już dniało. Na pozór godzina 2.30 nad ranem nie nadawała się na rozmowę dziennikarza z politykiem. Ale Ernesto Che Guevara, kubański minister przemysłu, przyjmował przeważnie w nocy (w dzień odwiedzał kopalnie i fabryki, aby na własnej skórze poznać warunki pracy robotników). Kiedy o tym bladym świcie dziennikarz wchodził do jego gabinetu, ktoś od niego wychodził; a kiedy wywiad się skończył, kilka osób czekało w przedpokoju.

Wojna atomowa puka do bram

Ale nie tylko godzina nie była normalna. Sytuacja na Kubie (i w okolicy) też normalna nie była. Była noc z 28 na 29 października 1962 roku. Kończył się najdłuższy od kapitulacji Hitlera i ostatnich dni Berlina tydzień świata. Rozpoczął się 22 października o godz. 19 przemówieniem Johna Kennedy'ego, prezydenta USA.

Stawka była ogromna. Prawda oszołomiła świat - Związek Sowiecki zainstalował na wyspie rakiety z głowicami nuklearnymi. Cienia wątpliwości: były bardzo wyraźnie widoczne na zdjęciach zrobionych przez samoloty szpiegowskie U-2. Praktycznie całe terytorium Stanów Zjednoczonych znalazło się w zasięgu rakiet, co zostało uznane za niedopuszczalną groźbę dla bezpieczeństwa Ameryki. Każdy przypadek odpalenia rakiety nuklearnej z terytorium Kuby przeciwko jakiemukolwiek krajowi na zachodniej półkuli, powiedział (w streszczeniu) Kennedy, będzie uznany za atak sowiecki na USA i pociągnie za sobą zdecydowaną amerykańską ripostę wobec Związku Sowieckiego... Wojna!? Atomowa!?

Jeszcze chwileczkę, proszę kata. Na razie Kennedy zapowiedział blokadę Kuby. Eufemistycznie określona jako "kwarantanna obronna", blokada otoczyła wyspę w promieniu 800 km okrętami wojennej floty USA. Ich misja polegała na przechwytywaniu wszystkich statków płynących na Kubę, podejrzanych o transport broni uznanej za "ofensywną", i zmuszaniu ich do odwrotu...

Dwie atomowe superpotęgi stanęły oko w oko. Najpierw w tajemnicy, potem coraz bardziej jawnie, toczyła się walka: kto pierwszy mrugnie, kto - kogo? Coraz wyraźniej widać było dno przepaści, nad którą świat się nagle znalazł.

Za minutę dwunasta

Dziś wiadomo, że podczas tych siedmiu dni 40 tys. żołnierzy sowieckich obecnych na Kubie pracowało na okrągło, przez 24 godziny, aby doprowadzić do zdolności operacyjnej 72 rakiety SS-4 i SS-5 (te same, które potem nakierowane były na Europę Zachodnią, ale już z terytorium ZSRR).

Kennedy także nie traci czasu. Nie pozwala na żadne złudzenia. Jeżeli Chruszczow [wówczas I sekretarz KC KPZR - przyp. red.] nie zdemontuje i nie zabierze rakiet, Waszyngton przejdzie do działań wojskowych: 30 października wyrzutnie rakietowe zostaną zbombardowane, co będzie wstępem do lądowania - przygotowania do niego toczyły się już całkiem otwarcie na Florydzie i gdzie indziej...

Ale zdecydowana odpowiedź amerykańska była także elastyczna. Kennedy nie chciał gwałtownej akcji, wiedział, czym to grozi, chciał zostawić Chruszczowowi margines działania i czasu, który pozwoliłby mu na wypracowanie takiej formuły wycofania rakiet, czyli faktycznej kapitulacji, która jednak umożliwiłaby mu choćby częściowe (niełatwe, kto ją pamięta) uratowanie twarzy.

Chruszczow zrozumiał, o jaką stawkę chodzi, "aluzju poniał". W środę 24 października połowa z 24 statków w drodze na Kubę stanęła w miejscu, na pełnym morzu; niektóre zawróciły, aby nie znaleźć się zbyt blisko amerykańskich patroli. Jeszcze trzy dni i 27 października Chruszczow ratuje siebie, Kubę, ZSRR, USA i, mniej więcej, nas wszystkich: w zamian za amerykańską obietnicę nie atakowania Kuby, Moskwa zdemontuje bazy, wycofa rakiety i eskadrę iliuszynów-28 zdolnych do ich transportu.

Kuba zawyła

O tym wszystkim świat się dowiedział dopiero 24 godziny później z komunikatu Białego Domu. Razem ze światem o szczegółach "dealu" sowiecko-amerykańskiego dowiedział się Castro. Oraz Che. Wszyscy przez radio. "Zdradzili nas", westchnie Kuba. Nie tylko. Fidel i Che są także poniżeni i ośmieszeni. Oni, którzy gotowi byli poświęcić swe życie (oraz wiele cudzych) w obronie rewolucji i "socjalistycznego obozu pokoju i postępu", dowiedzieli się, ostatni, że superwielcy osiągnęli "kompromis" na żywym ciele Kuby, nie uprzedzając jej nawet. Świat oddycha z ulgą; Kuba wyje z wściekłości i bólu. Najdłuższy tydzień zamienia się w największą lekcję: Fidel i Che byli tylko niemymi i bezsilnymi aktorami przedstawienia pod tytułem "real-polityka".

Grupa dziennikarzy zagranicznych w Hawanie wysłuchała komunikatu amerykańskiego, nadanego przez Głos Ameryki, w hotelowym pokoju ambasadora szwedzkiego. Oni znali wrażliwość Fidela i Che i natychmiast zrozumieli, że bardziej niż sam przetarg nie do zniesienia będzie dla Kubańczyków sposób załatwienia sprawy, że obelga rzucona w twarz zlekceważonym politykom kubańskim wywoła nie tylko rozczarowanie, ale przede wszystkim odruch rewolty, i nasunie pytania co do sensu "przyjaźni i sojuszu" z Moskwą.

Dziennikarze się nie mylili. Poszli natychmiast w pole szukać kubańskich rozmówców. Fidel był, naturalnie, niedostępny. Już szykował ripostę. Będzie to nie kończące się, w jego stylu, płomienne przemówienie, dramatyczne, pełne rozpaczy, ale... bez skutków praktycznych. Mleko było już rozlane. Che godzi się na rozmowę - bardzo krótką, tyle, aby powiedzieć, że on się na to nie zgadza.

Każdy z nich wysnuł z tej lekcji inny wniosek. Z rewolucyjnego sloganu "Patria o muerte. Venceremos" ["Ojczyzna albo śmierć. Zwyciężymy" - red.] Fidel wybrał "patria", "Venceremos" zawisło w próżni, a Che wybrał "muerte". Śmierć, powiedział później o nim Regis Debray [francuski intelektualista, towarzysz broni Guevary w Boliwii - red.], "była jego powołaniem".

Życie z chimerą

Od tego czasu archiwa wypluły ogromną masę dokumentów, analiz, a nawet stenogramów dotyczących kryzysu kubańskiego. Nazwisko Che Guevary właściwie w nich nie figuruje. Nic dziwnego. Dialog przytoczony na początku tego artykułu dobrze oddaje sens stanowiska, jakie by zajął, gdyby był włączony do pertraktacji: Che tylko by wszystkim przeszkadzał. I Sowietom, dla których właściwą stawką była przecież nie Kuba, ale stosunek sił z USA (Che zresztą nie przestał potem, aż do śmierci, atakować Moskwy i jej egoistycznej strategii). I Fidelowi, który jako szef państwa musiał się pogodzić i z tą lekcją pragmatyzmu, inaczej zwanego cynizmem, ale przede wszystkim musiał nareszcie zrozumieć, jak podrzędne miejsce zajmuje jego wyspa na wielkiej scenie politycznej świata.

To w tym zapewne momencie Che postanowił się rozejść. Podwójnie. Z jednej strony z Fidelem, "lider maximo", który nawrócony na zimną real-politykę godzi się na pozostanie mimo ewidentnej, w pojęciu Che, sowieckiej zdrady "sojusznikiem i przyjacielem" ZSRR, członkiem "obozu socjalistycznego", czyli satelitą jak każdy inny. I drugi rozwód: ze snem o rewolucji możliwej w najbliższym sąsiedztwie Stanów Zjednoczonych.

Ale, mimo kubańskiej lekcji, Che odmawia rozwodu z chimerą, która doprowadzi go kilka lat później do samotnej śmierci w boliwijskim buszu: trwa przy bezpłodnym złudzeniu, że potrafi zapalić płomień "tysiąca Wietnamów" wszędzie na świecie, aby spalić imperialistyczny porządek amerykański, że może powstać "nowy człowiek", którego działanie rodzić się będzie nie z chęci zysku, ale z szacunku i wiary w idee (przez wielkie I). Reszta jest znana...

Che było kilku. Najpierw był, naturalnie, młody Ernesto, Argentyńczyk, i tango, ładny chłopak, a potem przystojny mężczyzna, świetny kumpel, czaruś (dziewczynki padały jak muchy), chory (astmatyk), ale energiczny, wrażliwy, nieco ekscentryczny, ot, jak często, burżujskie dziecko, i naiwny, lewicowy idealista. To jednak był w jego krótkim życiu najbardziej (z wyjątkiem astmy, która go nigdy nie opuściła) przelotny epizod.

Che zginął, gdy miał 39 lat. Jego dorosłe chmurne lata pozostawiły podwójny obraz człowieka, sprzeczny, ale uzupełniający się wzajemnie.

Pierwszy to portret bohaterskiego, charyzmatycznego przywódcy rewolucyjnego fascynującego tłumy, którego jednak bilans działania sprowadzał się do nieprzerwanego pasma klęsk. Ani jedno z przedsięwzięć podjętych przez Che nie zakończyło się sukcesem. Che, jedyny prezes banku, który podpisywał banknoty nie nazwiskiem, tylko przydomkiem, nie był ani działaczem politycznym, ani, tym bardziej, mężem stanu. Jeżeli chodzi o "administracyjną" fazę w jego życiu, nie pozostawił po sobie niczego trwałego. Był złym bankierem (z wykształcenia lekarz, nie miał żadnego przygotowania ekonomicznego) i złym ministrem.

Był także, co najważniejsze, utopijnym ideologiem. Oddał swą fantastyczną charyzmę w służbę wielkiej aberracji, idei wojny totalnej i rewolucji komunistycznej, której filozofią, uzasadnieniem i inspiracją miałaby być jakaś bezpłodna mieszanina prymitywnego marksizmu i anarchizującego romantyzmu. Przy czym Che próbował tę miksturę aplikować zawsze w złym miejscu i w najgorszym momencie.

Wystarczy powiedzieć, że w Afryce miał za sojusznika niejakiego Kabilę i że w Boliwii, gdzie śmierć go znalazła, wydany został policji przez chłopów, których wszak przyjechał wyzwalać. Ale ta sama charyzma sprawiła, że pozostał mit Che, już bez nazwiska nawet, że jest on dziś postrzegany jako archetyp rewolucjonisty, "pur et dur", rycerz bez skazy, samotny guerillero "w samo południe", ostatni, po straszliwej prawdzie wszystkich Stalinów, Mao, Pol Potów i... Castro, idealista o czystych rękach (który jednak, nie należy o tym zapominać, osobiście rozstrzeliwał więźniów), latynoski samuraj, zdradzony przez wszystkich, ale nieprzekupny męczennik wielkiej szlachetnej sprawy, za którą oddał życie, ale której jego współcześni (tym gorzej dla nich) nie byli w stanie zrozumieć.



Che nie chciał (nie był zdolny?) zrozumieć świata. W archiwach rosyjskich zachował się zapis ze spotkania Che z Anastasem Mikojanem, wicepremierem sowieckim, specjalistą od niemożliwych misji, którego Chruszczow wysłał po "zdradzie" na Kubę dla ratowania tego, co się jeszcze uratować dało. Rozmowa dotyczyła naturalnie kryzysu. Mikojan tłumaczył Guevarze, że ten kryzys to nie był czas ani powód, aby "umierać pięknie". Mikojan czynił aluzje, starsi ludzie pamiętają, do księcia Andrzeja Bołkońskiego, który w "Wojnie i pokoju" Tołstoja wzdycha na polu walki: "Jaka piękna śmierć...". Ale Che, mało obeznany z Tołstojem, odparł: "Śmierć? Czyja? To Kuba jest śmiertelnie ugodzona. Wyście ją zabili. W majestacie prawa".

Terror i T-shirty

Powrót Che na Kubę, 30 lat po jego śmierci, to wielki paradoks. Swe liczne porażki Che przypisywał zawsze albo błędom w swoim własnym postępowaniu, albo spiskom obcych agentur, ale nigdy nie chciał się pogodzić z prawdą o tym, że wynikają one po prostu z faktu, iż jego idee i doktryny na nich oparte były fałszywe, nierealne i nierealistyczne. Pierwszy, tragiczny, paradoks to ten, że przez 30 lat po tej największej porażce, jaką była jego śmierć w Boliwii (choć on sam miał powiedzieć przed śmiercią, że "to wszystko nie ma już sensu"), idea "totalnego terroru" Che Guevary plątała się, i plącze jeszcze, po świecie, od Pol Pota po Peru na przykład, powodując niepotrzebne, nieraz na koszmarną skalę, bezsensowne ofiary.

Drugi paradoks, nie tragiczny, ale groteskowy, to posługiwanie się "marką" Che przez marketing, reklamę, handel i turystykę, no, po prostu przez pieniądz, najbardziej pogardzany przez Che czynnik funkcjonowania świata. Guevara, który nie wiedział, co to urlopy i wakacje, ma teraz przyciągać turystów zaproszonych przez władze kubańskie do pójścia "szlakiem Che", z wycieczką zorganizowaną przez... Fundację Che Guevary, za cenę od 271 do 876 dolarów od osoby w zależności od długości i trwania "pielgrzymki". Portret Che, który za życia nie przywiązywał żadnej wagi do stroju i mody (nosił zawsze taki sam mundur wojskowy), teraz pomaga sprzedawać dżinsy, T-shirty, a nawet austriackie narty (choć w życiu ich nie założył) i zegarki Swatcha. Nikt nie postarał się o obronę jego nazwiska, pozostawionego na półkach, gdzieś między salsą a rumbą - nawet kiedy w Anglii zaczęto sprzedaż piwa Che, choć on nigdy alkoholu do ust nie brał.

Ciągła obecność mitu Che stanowić może przedmiot wielu badań, nasuwa ogromną liczbę pytań. Najciekawsze z nich to pytanie, i jeszcze jeden, zapewne nie ostatni, paradoks, jak to się stało, że ten asceta i męczennik, który poświęcił swe życie dla idei (dla niego wielkiej, niezależnie od jej realizmu), mógł stać się i ciągle być idolem pokolenia najmniej idealistycznego i najbardziej hedonistycznego w naszym wieku?

LEOPOLD UNGER (12-07-01 11:15)




* Ernesto Guevara de la Serna, przydomek Che, urodził się w 1928 roku. Z pochodzenia był Argentyńczykiem, z zawodu lekarzem. Jeden z przywódców partyzanckich podczas rewolucji kubańskiej (lata 1956-59); po jej zwycięstwie członek kubańskich władz państwowych i kierownictwa partii komunistycznej. W 1965 r. walczył w organizacjach partyzanckich w Kongu i Tanzanii; od 1966 r. organizował oddziały partyzanckie w Boliwii, gdzie został wzięty do niewoli i 9 października 1967 r. zamordowany. Idol rewolty 1968 roku oraz wielu ugrupowań lewicowych i lewackich na całym świecie.

Guevara zakładał istnienie w krajach rozwijających się społeczno-ekonomicznego podłoża rewolucji, której celem miało być obalenie istniejących reżimów, ustanowienie władzy rewolucyjnej i realizacja "socjalistycznych przemian ustrojowych". Prowadzić do tego miała walka zbrojna, organizowana przez "awangardę rewolucjonistów" i wspierana przez chłopów.

Grobu i szczątków Che Guevary poszukiwano od 1995 r. w dżungli boliwijskiej; odnalezione i zidentyfikowane w lipcu tego roku, zostały przekazane na Kubę, gdzie przyjął je z honorami Fidel Castro. Dziś odbędzie się w Hawanie pogrzeb Guevary.