Artykuł pochodzi z Gazety Wyborczej
Jeszcze nie dniało. Tylko przez rzadkie dziury w czarnym tropikalnym niebie
blade znaki świtu zapowiadały, że idzie nowy dzień. Idzie? Tak. Ale czy
dojdzie? Rozmowa trwała już kilkanaście minut. Zbliżał się kres obiecanej
półgodziny. Zdania były coraz krótsze. To już nie były poglądy, to były
wyroki.
- Godząc się na zdemontowanie baz i wycofanie rakiet, Sowieci popełnili
historyczny błąd...
- A ty, co byś zrobił na ich miejscu?
- Ja? Gdyby rakiety były w moich rękach, zostałyby odpalone i trafiłyby w
cele, na które były nakierowane. Po to wszak się tutaj znalazły...
- Ale przecież gdybyście odpalili rakiety, to amerykańska riposta byłaby
natychmiastowa i straszna. Kuba wylądowałaby na dnie oceanu!
- Być może. Tak rzeczywiście mogłyby się były wydarzenia potoczyć. Ale
cel zostałby osiągnięty. Razem z nami na dnie oceanu wylądowałby również
jankeski imperializm...
Kiedy wychodziłem, już dniało. Na pozór godzina 2.30 nad ranem nie nadawała
się na rozmowę dziennikarza z politykiem. Ale Ernesto Che Guevara, kubański
minister przemysłu, przyjmował przeważnie w nocy (w dzień odwiedzał
kopalnie i fabryki, aby na własnej skórze poznać warunki pracy robotników).
Kiedy o tym bladym świcie dziennikarz wchodził do jego gabinetu, ktoś od
niego wychodził; a kiedy wywiad się skończył, kilka osób czekało w
przedpokoju.
Stawka była ogromna. Prawda oszołomiła świat - Związek Sowiecki zainstalował
na wyspie rakiety z głowicami nuklearnymi. Cienia wątpliwości: były bardzo
wyraźnie widoczne na zdjęciach zrobionych przez samoloty szpiegowskie U-2.
Praktycznie całe terytorium Stanów Zjednoczonych znalazło się w zasięgu
rakiet, co zostało uznane za niedopuszczalną groźbę dla bezpieczeństwa
Ameryki. Każdy przypadek odpalenia rakiety nuklearnej z terytorium Kuby
przeciwko jakiemukolwiek krajowi na zachodniej półkuli, powiedział (w
streszczeniu) Kennedy, będzie uznany za atak sowiecki na USA i pociągnie za
sobą zdecydowaną amerykańską ripostę wobec Związku Sowieckiego... Wojna!?
Atomowa!?
Jeszcze chwileczkę, proszę kata. Na razie Kennedy zapowiedział blokadę Kuby.
Eufemistycznie określona jako "kwarantanna obronna", blokada otoczyła
wyspę w promieniu 800 km okrętami wojennej floty USA. Ich misja polegała na
przechwytywaniu wszystkich statków płynących na Kubę, podejrzanych o
transport broni uznanej za "ofensywną", i zmuszaniu ich do odwrotu...
Dwie atomowe superpotęgi stanęły oko w oko. Najpierw w tajemnicy, potem coraz
bardziej jawnie, toczyła się walka: kto pierwszy mrugnie, kto - kogo? Coraz
wyraźniej widać było dno przepaści, nad którą świat się nagle znalazł.
Kennedy także nie traci czasu. Nie pozwala na żadne złudzenia. Jeżeli
Chruszczow [wówczas I sekretarz KC KPZR - przyp. red.] nie zdemontuje i nie
zabierze rakiet, Waszyngton przejdzie do działań wojskowych: 30 października
wyrzutnie rakietowe zostaną zbombardowane, co będzie wstępem do lądowania -
przygotowania do niego toczyły się już całkiem otwarcie na Florydzie i gdzie
indziej...
Ale zdecydowana odpowiedź amerykańska była także elastyczna. Kennedy nie
chciał gwałtownej akcji, wiedział, czym to grozi, chciał zostawić
Chruszczowowi margines działania i czasu, który pozwoliłby mu na wypracowanie
takiej formuły wycofania rakiet, czyli faktycznej kapitulacji, która jednak
umożliwiłaby mu choćby częściowe (niełatwe, kto ją pamięta) uratowanie
twarzy.
Chruszczow zrozumiał, o jaką stawkę chodzi, "aluzju poniał". W środę
24 października połowa z 24 statków w drodze na Kubę stanęła w miejscu, na
pełnym morzu; niektóre zawróciły, aby nie znaleźć się zbyt blisko amerykańskich
patroli. Jeszcze trzy dni i 27 października Chruszczow ratuje siebie, Kubę,
ZSRR, USA i, mniej więcej, nas wszystkich: w zamian za amerykańską obietnicę
nie atakowania Kuby, Moskwa zdemontuje bazy, wycofa rakiety i eskadrę iliuszynów-28
zdolnych do ich transportu.
Kuba zawyła
O tym wszystkim świat się dowiedział dopiero 24 godziny później z
komunikatu Białego Domu. Razem ze światem o szczegółach "dealu"
sowiecko-amerykańskiego dowiedział się Castro. Oraz Che. Wszyscy przez radio.
"Zdradzili nas", westchnie Kuba. Nie tylko. Fidel i Che są także
poniżeni i ośmieszeni. Oni, którzy gotowi byli poświęcić swe życie (oraz
wiele cudzych) w obronie rewolucji i "socjalistycznego obozu pokoju i postępu",
dowiedzieli się, ostatni, że superwielcy osiągnęli "kompromis" na
żywym ciele Kuby, nie uprzedzając jej nawet. Świat oddycha z ulgą; Kuba wyje
z wściekłości i bólu. Najdłuższy tydzień zamienia się w największą
lekcję: Fidel i Che byli tylko niemymi i bezsilnymi aktorami przedstawienia pod
tytułem "real-polityka".
Grupa dziennikarzy zagranicznych w Hawanie wysłuchała komunikatu amerykańskiego,
nadanego przez Głos Ameryki, w hotelowym pokoju ambasadora szwedzkiego. Oni
znali wrażliwość Fidela i Che i natychmiast zrozumieli, że bardziej niż sam
przetarg nie do zniesienia będzie dla Kubańczyków sposób załatwienia
sprawy, że obelga rzucona w twarz zlekceważonym politykom kubańskim wywoła
nie tylko rozczarowanie, ale przede wszystkim odruch rewolty, i nasunie pytania
co do sensu "przyjaźni i sojuszu" z Moskwą.
Dziennikarze się nie mylili. Poszli natychmiast w pole szukać kubańskich rozmówców.
Fidel był, naturalnie, niedostępny. Już szykował ripostę. Będzie to nie kończące
się, w jego stylu, płomienne przemówienie, dramatyczne, pełne rozpaczy,
ale... bez skutków praktycznych. Mleko było już rozlane. Che godzi się na
rozmowę - bardzo krótką, tyle, aby powiedzieć, że on się na to nie zgadza.
Każdy z nich wysnuł z tej lekcji inny wniosek. Z rewolucyjnego sloganu "Patria
o muerte. Venceremos" ["Ojczyzna albo śmierć. Zwyciężymy" -
red.] Fidel wybrał "patria", "Venceremos" zawisło w próżni,
a Che wybrał "muerte". Śmierć, powiedział później o nim Regis
Debray [francuski intelektualista, towarzysz broni Guevary w Boliwii - red.],
"była jego powołaniem".
To w tym zapewne momencie Che postanowił się rozejść. Podwójnie. Z jednej
strony z Fidelem, "lider maximo", który nawrócony na zimną
real-politykę godzi się na pozostanie mimo ewidentnej, w pojęciu Che,
sowieckiej zdrady "sojusznikiem i przyjacielem" ZSRR, członkiem
"obozu socjalistycznego", czyli satelitą jak każdy inny. I drugi
rozwód: ze snem o rewolucji możliwej w najbliższym sąsiedztwie Stanów
Zjednoczonych.
Ale, mimo kubańskiej lekcji, Che odmawia rozwodu z chimerą, która doprowadzi
go kilka lat później do samotnej śmierci w boliwijskim buszu: trwa przy bezpłodnym
złudzeniu, że potrafi zapalić płomień "tysiąca Wietnamów" wszędzie
na świecie, aby spalić imperialistyczny porządek amerykański, że może
powstać "nowy człowiek", którego działanie rodzić się będzie
nie z chęci zysku, ale z szacunku i wiary w idee (przez wielkie I). Reszta jest
znana...
Che było kilku. Najpierw był, naturalnie, młody Ernesto, Argentyńczyk, i
tango, ładny chłopak, a potem przystojny mężczyzna, świetny kumpel, czaruś
(dziewczynki padały jak muchy), chory (astmatyk), ale energiczny, wrażliwy,
nieco ekscentryczny, ot, jak często, burżujskie dziecko, i naiwny, lewicowy
idealista. To jednak był w jego krótkim życiu najbardziej (z wyjątkiem
astmy, która go nigdy nie opuściła) przelotny epizod.
Che zginął, gdy miał 39 lat. Jego dorosłe chmurne lata pozostawiły podwójny
obraz człowieka, sprzeczny, ale uzupełniający się wzajemnie.
Pierwszy to portret bohaterskiego, charyzmatycznego przywódcy rewolucyjnego
fascynującego tłumy, którego jednak bilans działania sprowadzał się do
nieprzerwanego pasma klęsk. Ani jedno z przedsięwzięć podjętych przez Che
nie zakończyło się sukcesem. Che, jedyny prezes banku, który podpisywał
banknoty nie nazwiskiem, tylko przydomkiem, nie był ani działaczem
politycznym, ani, tym bardziej, mężem stanu. Jeżeli chodzi o
"administracyjną" fazę w jego życiu, nie pozostawił po sobie
niczego trwałego. Był złym bankierem (z wykształcenia lekarz, nie miał żadnego
przygotowania ekonomicznego) i złym ministrem.
Był także, co najważniejsze, utopijnym ideologiem. Oddał swą fantastyczną
charyzmę w służbę wielkiej aberracji, idei wojny totalnej i rewolucji
komunistycznej, której filozofią, uzasadnieniem i inspiracją miałaby być
jakaś bezpłodna mieszanina prymitywnego marksizmu i anarchizującego
romantyzmu. Przy czym Che próbował tę miksturę aplikować zawsze w złym
miejscu i w najgorszym momencie.
Wystarczy powiedzieć, że w Afryce miał za sojusznika niejakiego Kabilę i że
w Boliwii, gdzie śmierć go znalazła, wydany został policji przez chłopów,
których wszak przyjechał wyzwalać. Ale ta sama charyzma sprawiła, że
pozostał mit Che, już bez nazwiska nawet, że jest on dziś postrzegany jako
archetyp rewolucjonisty, "pur et dur", rycerz bez skazy, samotny
guerillero "w samo południe", ostatni, po straszliwej prawdzie
wszystkich Stalinów, Mao, Pol Potów i... Castro, idealista o czystych rękach
(który jednak, nie należy o tym zapominać, osobiście rozstrzeliwał więźniów),
latynoski samuraj, zdradzony przez wszystkich, ale nieprzekupny męczennik
wielkiej szlachetnej sprawy, za którą oddał życie, ale której jego współcześni
(tym gorzej dla nich) nie byli w stanie zrozumieć.
Drugi paradoks, nie tragiczny, ale groteskowy, to posługiwanie się "marką"
Che przez marketing, reklamę, handel i turystykę, no, po prostu przez pieniądz,
najbardziej pogardzany przez Che czynnik funkcjonowania świata. Guevara, który
nie wiedział, co to urlopy i wakacje, ma teraz przyciągać turystów
zaproszonych przez władze kubańskie do pójścia "szlakiem Che", z
wycieczką zorganizowaną przez... Fundację Che Guevary, za cenę od 271 do 876
dolarów od osoby w zależności od długości i trwania
"pielgrzymki". Portret Che, który za życia nie przywiązywał żadnej
wagi do stroju i mody (nosił zawsze taki sam mundur wojskowy), teraz pomaga
sprzedawać dżinsy, T-shirty, a nawet austriackie narty (choć w życiu ich nie
założył) i zegarki Swatcha. Nikt nie postarał się o obronę jego nazwiska,
pozostawionego na półkach, gdzieś między salsą a rumbą - nawet kiedy w
Anglii zaczęto sprzedaż piwa Che, choć on nigdy alkoholu do ust nie brał.
Ciągła obecność mitu Che stanowić może przedmiot wielu badań, nasuwa
ogromną liczbę pytań. Najciekawsze z nich to pytanie, i jeszcze jeden,
zapewne nie ostatni, paradoks, jak to się stało, że ten asceta i męczennik,
który poświęcił swe życie dla idei (dla niego wielkiej, niezależnie od jej
realizmu), mógł stać się i ciągle być idolem pokolenia najmniej
idealistycznego i najbardziej hedonistycznego w naszym wieku?
* Ernesto Guevara de la Serna, przydomek Che, urodził się w 1928 roku. Z
pochodzenia był Argentyńczykiem, z zawodu lekarzem. Jeden z przywódców
partyzanckich podczas rewolucji kubańskiej (lata 1956-59); po jej zwycięstwie
członek kubańskich władz państwowych i kierownictwa partii komunistycznej. W
1965 r. walczył w organizacjach partyzanckich w Kongu i Tanzanii; od 1966 r.
organizował oddziały partyzanckie w Boliwii, gdzie został wzięty do niewoli
i 9 października 1967 r. zamordowany. Idol rewolty 1968 roku oraz wielu
ugrupowań lewicowych i lewackich na całym świecie.
Guevara zakładał istnienie w krajach rozwijających się społeczno-ekonomicznego
podłoża rewolucji, której celem miało być obalenie istniejących reżimów,
ustanowienie władzy rewolucyjnej i realizacja "socjalistycznych przemian
ustrojowych". Prowadzić do tego miała walka zbrojna, organizowana przez
"awangardę rewolucjonistów" i wspierana przez chłopów.
Grobu i szczątków Che Guevary poszukiwano od 1995 r. w dżungli boliwijskiej;
odnalezione i zidentyfikowane w lipcu tego roku, zostały przekazane na Kubę,
gdzie przyjął je z honorami Fidel Castro. Dziś odbędzie się w Hawanie
pogrzeb Guevary.